Blog > Komentarze do wpisu
Maria, łaski pełna ****

Już wiem, dlaczego filmy łatwiej przyswajam aniżeli książki. Czytanie książki trwa długo, nawet jeżeli bardzo ci się ona podoba. Historię zawartą w filmie możesz obejrzeć w półtorej godziny. Fabuła ta sama, przekaz dosłowniejszy. Można pokusić się o stwierdzenie, iż książki są dla masochistów.To tak jak z puzzlami, możesz się nad nimi męczyć, a możesz spojrzeć na obrazek na pudełku, do którego dążysz składając żmudnie kawałek do kawałka lub zwyczajnie kupić plakat. Piszę te słowa, bo czytam teraz książkę autorki pewnego bloga a w tym samym czasie obejrzałem kilka filmów, które w jakimś stopniu nawiązują do czterystustronicowego zapisu przeżyć autorki. Oczywiście, to nie jest tak że nie lubię czytać książek. Po prostu widzę spore różnice pomiędzy jednym a drugim i wcale mnie nie dziwi, gdy ktoś mówi "Widziałem film, nie czytałem książki".
Pierwszym z filmów ocierających się o temat czytanej przeze mnie książki (recenzja już niedługo), jest "Maria, łaski pełna". Kilka lat temu narzekałem, że kino z Ameryki Południowej ma niezrozumiałą dla nas wrażliwość przez co obrazy te mogą nużyć polskiego widza. Ostatnie filmy pokazują, że byłem w błędzie. "Miasto Boga", "Madame Sata", "Elitarni" - filmy te obrazują pewien skrawek interesującej, nieznanej nam rzeczywistości. "Maria, Full of Grace" wpisuje się w tą tendencję. Amerykańsko-Kolumbijska produkcja opowiada o losach dziewczyn zajmujących się przemytem narkotyków do USA. Główna bohaterka, z powodu biedy i beznadziejnych perspektyw na przyszłość zgadza się zostać kurierem. Jej historia, jedna z wielu podobnych pokazuje jak niewiele dla handlarzy narkotyków znaczy życie, i jakie skutki czyhają na kuriera, dla niej i jej bliskich. Co gorsza, przylot do kraju chełpiącym się demokracją wcale nie polepsza sytuacji. Wręcz przeciwnie, bez znajomości języka Maria nie ma szans na ucieczkę z lokalnego getta. Bez rodziny i znajomych każdy spotkany człowiek staje się dla niej potencjalnym zagrożeniem.
Sprawnie opowiedziana historia, nie moralizuje nie stara się usprawiedliwiać, czy piętnować głównej bohaterki. Sam obraz rzetelnie skonstruowany, unika patetycznych ujęć. Jest to kino kameralne, i właśnie ten rzetelny sznyt jest siłą całego filmu. Tak sobie myślę, że właśnie takich historii (w przecież telewizja stale o tym opowiada) brakuje w polskim kinie.
A tak a propos edukacji przyszłej kadry filmowej. Opowiadał mi ostatnio znajomy jaki jest program nauczania w liceach sprofilowanych. Podobno istnieją klasy o profilu fimowym. Mają one na celu przygotowanie młodzieży do studiowania kierunków związanych z tą branżą. W programie w klasie pierwszej znalazły się zajęcia z przekroju gatunków filmowych, w drugiej omawiane sa postacie światowego kina, w trzeciej i czwartej elementy składające się na produkcję filmową. Wydaje mi się, że taki podział jest błędny. Od samego początku, należy wbijać wiedzę o historii kina, jego ewolucji w zakresie aktorstwa (porównajcie sobie grę Charliego Chaplina i np. Leslie Nielsena), reżyserii (patrz: Bunuel i David Lynch), czy muzyki (od podkładów pod kino nieme po Elliota Goldenthala z "Alien 3"). Tylko z taką bazą i odpowiednimi wzorcami, można iść w kierunku twórczym. Dlatego druga część nauki powinna zawierać elementy warsztatów. W jaki inny sposób młodzież może się przekonać czy film jest ich faktyczną pasją, czy tylko przejściowym zainteresowaniem? W jaki inny sposób młodzież może się dowiedzieć, że dobre kino nie powstaje wyłącznie w Hollywood? W jaki inny sposób można sprawdzić, czy lepiej iść w kierunku reżyserii czy montażu, lepiej zostać aktorem, czy operatorem? Dlatego uważam, że pomysł takich klas jest dobry, ale z ich wykonaniem jest (rozmawiając z absolwentem nie miałem złudzeń że tak jest) znacznie gorzej.
wtorek, 05 sierpnia 2008, zaginiony22

Polecane wpisy