Blog > Komentarze do wpisu
Zły porucznik ****

Abel Ferrara jako urodzony nowojorczyk opowiedział już kilka historii nt. swojego miasta. Fabuła "Złego porucznika" również porusza się w tle Wielkiego Jabłka. Opowiada ona o jednym z pracowników NYPD, który w swom życiu wiele przeżył i być może właśnie dlatego znieczula się każdego dnia, w każdy dostępny sposób. W skutek tego zatraca się coraz bardziej w poczuciu bezradności, w obliczu świadomości iż dobro nie istnieje. Dopiero jedna z kolejnych wstrząsających spraw, a przede wszystkim motyw przebaczenia ofiary gwałtu powoduje, iż główny bohater zaczyna zdawać sobie sprawę z głębokiego samoupodlenia do którego zniżył się ryzykując między innymi egzystencją swojej rodziny.
Ciekawy film, który w latach osiemdziesiątych wzbudził wiele kontrowersji. Ferrara nawet nie próbuje bronić swojego bohatera. Poprzez jego losy zapewnia nam dziewięćdziesięciominutowy czyściec, który i tu uwaga! - dla współczesnego widza, może zostać odebrany jako kino rozrywkowe, choć w rzeczywistości ma na celu przedstawienie jak bardzo można zatracić się, w poczuciu bezradności. Dostajemy więc rozprawkę na temat sensu wiary, i jej przełożenia na nasze życie. Porucznik, co prawda deklaruje się jako katolik, ale jako człowiek bez głębokiej wiary nie wierzy w jej prawdy. Pytanie czy ponosi klęskę czy zwycięża pozostaje bez jednoznacznej odpowiedzi.
To co najbardziej mnie przekonuje do tego obrazu, to fakt iż reżyser nie starał się iść na kompromis. Pokazał nam losy Porucznika, w sposób zupełnie bezkompromisowy. Sceny odurzania, upijania, korupcji, zdrady - to wszystko jest autentyczne, namacalne. Zasługę tego przypisuję również Harveyowi Keitelowi, który wielokrotnie pokazał że jest doskonałym aktorem ("Taksówkarz", "Ostatnie kuszenie Chrystusa"), i nie boi się aktorskich wyzwań. Moim zdaniem "Zły porucznik" jest jego najlepszą rolą w całej karierze. Być może najbardziej drastyczną, ale zarazem prawdziwą i ...wzruszającą.
Sam Abel Ferrara, kilkanaście lat poźniej powrócił do religijnych rozprawek, w filmie "Maria".
czwartek, 07 sierpnia 2008, zaginiony22

Polecane wpisy

Komentarze
2008/08/07 09:48:47
To był jeden z naprawdę niewielu filmów, gdzie kibicowałem, by głównego bohatera zaciukano. Nie oglądałem go od lat, właśnie z tego powodu co napisałeś. "Rozrywkowość". W każdym bądź razie cudem nie znielubiłem Harveya Keitela :)