Blog > Komentarze do wpisu
The Wrestler ****

Aronofsky obok Boyle'a jest jednym z nowych wizjonerów kina. "Wizjonerów" może nie jest tu idealnie dobranym słowem, choć bliższego wyrazu na określenie ich twórczości nie sposób odpowiednio dobrać. Wynika to z faktu, iż obydwaj panowie tworzą świeże obrazy, z tematów które już się w kinie wielokrotnie pojawiały. Nie jest to zarzut, bo w dzisiejszych czasach gdy filmy dotknęły już wszystkich aspektów, trudno stworzyć od początku do końca dzieło absolutnie nowatorskie. Nawet arcyświetne "Requeim for a dream" dotykało tematu uzależnień, choć pojawiało się ono w kinie wielokrotnie wcześniej.
Filmem "Zapaśnik" Aronofsky powraca do czasów "Pi", gdzie opowiedział historię oszczędną w formie. Tytułową rolę zagrał w filmie Mickey Rourke, który poszedł do piekła, i powrócił - jak to pięknie opisują brukowce na całym świecie. Pan nie ma szczęścia również do plastyków. Jego twarz bo zabiegach upiększających wygląda nienaturalnie i ... zwyczajnie brzydko. Ale to właśnie jej i wysiłkowi w zbudowanie odpowiedniej muskulatury, aktor ten idealnie wpasował się w historię Ramdyego Robinsona, wrestlera po czterdziestce, który najlepsze czasy sławy ma za sobą ale w dalszym ciągu zajmuje się tym fachem. Niestety, chwile potrzeby samorozgrzeszenia przychodzą, dlatego Sam postanawia przewartościować swoje życie. Tylko, czy jest możliwe odrestaurowanie uczuć, gdzie nadzieja na miłość została już dawno temu porzucona? Bohater zanim to zrozumie, przejdzie przez wiele rozczarowań i choć nie dojrzy pomocnej dłoni, dokona własnego zbawienia (fakt, w sposób dosyć ekstremalny).
Aronofsky dokonał w tym filmie rzeczy rzadko spotykanej w amerykańskim kinie. Opowiedział prostą historię o człowieku i jego losach, nacelował na niego kamerę i skupił się przede wszytkim na emocjach, nie naciskając zbytnio na wyeksponowanie fabuły. I choć historia jest bardzo amerykańska (chyba niewiele jest fanów tego sportu poza Stanami), to widz europejski nie poczuje uszczerbku w odbiorze. Nie poczuje się też namolnie umoralizowany, nie dostanie podsumowania na tacy.
"The Wrestler" nie jest filmem skomplikowanym. Jego siła tkwi w prostocie. Po jego obejrzeniu zastanawiałem się czy Rourke dostanie drugą szansę na Oscara. Zapewne nie, nie wyprzedzajmy jednak faktów. Choć z drugiej strony to Penn wykreował w tym roku lepszą rolę, Mickey pozostaje w dalszym ciągu wysoko w rankingu gwiazd które sobie cenię.
piątek, 03 kwietnia 2009, zaginiony22

Polecane wpisy

Komentarze
2009/04/03 14:16:20
ten film byl dla mnie zaskoczeniem, poniewaz udalam sie na niego z moim chlopakiem jako osoba "towarzyszaca", oddajac przysluge za "ciaganie" na dkf (nawet nie wiedzac, ze "the wrestler" jest autora "the fountain"). dodam tylko, ze poprzednie "przyslugi" nie poszly mi plazem... wspomne tu tylko "johna rambo" jako sztandarowego gniota :)))
sam sposob krecenia scen wydal mi sie europejski i na pewno nie hollywoodziany. wszystkie miejsca pokazane w filmie sa wlasciwie brzydkie, sam bohater jest samotny, a najwiecej "uczuc" dostaje na ringu od fanow i kolegow po fachu. ta samotnosc jest skutkiem wyborow zyciowych wrestlera, a proba odkrecenia przeszlosci nie konczy sie "po amerykansku".
przyznam, ze pomagalam sobie szalikiem na oczach ogladajac sceny okraszone krwia.

co do nietypowego, jak dla amerykanow, pokazywania glownie brzydkich miejsc, to podobnie jest w "The Visitor", w ktorym trudno jest odnalesc "filmowy new york".