Blog > Komentarze do wpisu
Bękarty wojny ***

Quentin Tarantino wielokrotnie wspominał o źródłach swoich inspiracji jak również o swojej pierwszej styczności z kinem. Praca w wypożyczalni kaset wideo na pewno nauczyła go wiele o filmie, ale i tak uważam że sam reżyser zwyczajnie ma w sobie talent do opowiadania.
Jak u każdego reżysera w swojej filmografii można u niego zaliczyć filmy słabsze („Four Rooms”) jak i lepsze („Pulp Fiction”). Nowe dzieło twórcy wpisuje się niestety w ten pierwszy przedział.
„Inglorious Bastards” jest wariacją na temat II wojny światowej i związanych z tą tematyką produkcji filmowych, zarówno tych dzisiejszych jak i tworzonych w latach czterdziestych. Reżyser postanowił zrobić coś w stylu „war-fiction”, w którym to grupa żydowskich śmiałków w bestialski sposób dokonuje zemsty na niemieckich żołnierzach za pierwsze cztery lata wojny. Wątek krwawej trasy przez okupowaną Francję przeplata się z historią adoracji właścicielki kina z młodym niemieckim bohaterem wojennym. W tle jest jeszcze jeden wątek Pułkownika Hansa Landy, który to w przebiegły sposób pracuje na swoją chwałę podstępnego tropiciela Żydów. W finale wszyscy spotkają się w sali kinowej, w której głos zza ekranu (i zarazem zza grobu) wyjawi im przyczyny planu w który zostali wplątani.
Nie ukrywałem, że miałem uprzedzenia do tego filmu. Nie będę też ukrywać, że uprzedzenia te się nie sprawdziły. To co wydawało mi się przed projekcją słabą stroną filmu, okazało się bez znaczenia w stosunku do finalnej oceny. Nie ma więc znaczenia celowe odwrócenie ról, w stosunku do prawdy historycznej. Nie to razi. Przez ponad dwugodzinną projekcję, postacie albo gadają, albo odkrywają bebechy kolejnych ofiar. W efekcie, przy braku pomysłu na większość scen, film staje się przegadany, przez co zwyczajnie nudzi. I owszem, są w tym barszczu grzybki np. scena gry w karty, czy też obiadu z Goebbelsem (o scenie w kinie, nie wspominam bo to murowany kandydat na klasyk) ale nie wpływa to znacząco na podniesienie ciśnienia. Myślę, że to zasługa ograniczeń reżysera. Z kolejnych klisz dość trudno stworzyć nową jakość. Jak do tej pory Tarantino to się udawało. Z tak trudnym materiałem na film, ta zasada nie mogła się sprawdzić. Nie powiodło się, bo oryginalny pomysł wymagał nowatorskiego podejścia do zekranizowania. I choć zarówno muzyka (Morricone), jak i aktorzy - niezły Schweiger, dobry Pitt, i arcydoskonały Christoph Waltz (Oscar za rolę drugoplanową?), nie pozostawiają nic do życzenia, trudno mi było podczas tej projekcji wysiedzieć do jej końca.
Zabawa kinem, to znak markowy reżysera. Jego wiedza o kinie jest naprawdę imponująca (odrobił lekcję również z kina niemieckiego), jednak wkraczanie na pejzaż europejski dla Amerykanina była sporym ryzykiem. Być może Tarantino chciał udowodnić, iż w epoce globalizacji, można opowiedzieć bez kompleksów historie mające swoje miejsce na kontynentach w których się nie dorastało. Na pewno w historii kina znajdzie się wiele dowodów na to, że jest to możliwe. Tym razem ta sztuka jednak się nie udała.
Wolę, gdy Quentin opowiada o amerykańskich rzezimieszkach, aniżeli tych z Europy.
sobota, 17 października 2009, zaginiony22

Polecane wpisy

Komentarze
Gość: Menetheris, *.internetdsl.tpnet.pl
2009/10/29 14:36:45
Hmm...kolejny ciekawy blog. Co do filmu- ja się świetnie bawiłem i nie widzę w nim żadnych wad. Dzieło to skończone i imho najlepsze jakie wyszło spod ręki Tarantino.
Pozdrawiam i zapraszam do siebie.