Blog > Komentarze do wpisu
Antychryst ***1/2

Kino potrafi bawić, kino może też straszyć. Twórcy chcą opowiadać historie, czasami namalować ruchomy obraz. Lars Von Trier natomiast uwielbia prowokować. Nie on pierwszy. Już 40 lat temu P.P. Pasolini ekranizując "120 dni sodomy" wywołał spory skandal, choć sam reżyser premiery nie dożył. Von Trier w swojej "Europie" podnosił temat pierwszych dni Niemiec po zakończeniu II wojny światowej, w "Dogville" o degradacji empatii w obliczu poczucia władzy. Najlepszym jego obrazem według mnie pozostaje "Królestwo", ośmiogodzinna opowieść o kopenhaskim szpitalu w którym dzieją się zjawiska nadprzyrodzone. Ta mieszanina horroru z komedią sprawia, iż nawet ośmiogodzinna wizyta w kinie nie jest męcząca w obliczu dzieła, z którym widz ma do czynienia.
Nakręcając "Antychrysta" reżyser opowiada nam o małżeństwie, które przeżywa kryzys wynikający z rozpaczy po śmierci dziecka. To tragiczne wydarzenie, szczególnie odbija się na Niej (Charlotte Gainsbourg). On (Willem Dafoe) jest przychoanalitykiem łamiącym podstawową zasadą, iż nie należy leczyć swoich bliskich. Wspólnie wyruszają do chaty w środku puszczy aby znaleźć drogę do wyjścia z traumy. Okaże się jednak, że nie wszystko jest oczywiste, łącznie z okolicznościami śmierci wspomnianego synka.
"Antychryst" uderza plastycznym połączeniem pięknych kadrów, z szokującymi scenami seksu, bólu i cierpienia. Te wysmakowane kadry, i spokojna muzyka chociażby w początkowych ujęciach powoduje, że widz może czuć się zmieszany takim kontrastem. Może też poczuć się znudzony, ale na pewno nie będzie obojętny.
Ten film właśnie taki jest - może drażnić, może się spodobać, ale nie będzie odebrany jako obraz nijaki. Dzieje się tak nie tylko ze względu na obraz i fabułę. Również dwójka głównych aktorów gra wyśmienicie. Gainsbourg jako wcielenie zła, i Defoe noszący cudzy głaz cierpienia, obydwoje grają z minimalistycznym podejściem gdzie grymas ma większe znaczenie niż słowa. To zresztą kolejna przewrotność, film kopie widza po oczach ale aktorzy nie usiłują kreować niczego więcej niż jest to potrzebne do przedstawienia przesłania. Nie ma tu szarży, czyste rzemiosło. I tyle wystarczy.
Nie jest to najlepszy obraz w dokonaniach LvT, niemniej jednak chociażby ze względu na szum jaki wywołał w zeszłym roku, warto do niego sięgnąć. Chociażby po to, aby przyznać, że film się (nie) spodobał.



środa, 27 października 2010, zaginiony22

Polecane wpisy

Komentarze
rodion19
2010/12/25 02:03:28
Film omijałem zajebiście szerokim łukiem i nawet zapierałem się, że go nie obejrzę za nic w świecie. Aż do pewnego momentu... Do momentu, kiedy naszła mnie ochota na takie właśnie szokujące kino. To była chwila i mimo wszystko nie żałuję odbębnienia tego filmu. "Odbębnienia", bo uwielbiam poprzednie dokonania Von Triera i była to dla mnie wręcz obowiązkowa pozycja, a zapowiadała się intrygująco, ale i niesmacznie i bez jakiegokolwiek sensu. Tak jak we wcześniejszych obrazach Von Trier "prowokował z sensem", miał powód i nie robił tego bez przyczyny, tak tutaj wygląda mi to na pomieszanie z poplątaniem, czysty szok niepoparty żadną fabułą na poziomie. Słabiutki.