Blog > Komentarze do wpisu
Harry Potter i Kamień Filozoficzny ****1/2

Drodzy Państwo. Na wstępie muszę uderzyć się w piersi, bo dotychczas unikałem jak ognia opowieści o Harrym Potterze. Ponieważ Sony zapragnęło docenić wydatki dokonane przeze mnie w ich sklepie, zapraszając mnie na seans najnowszej części tej najsłynniejszej współczesnej sagi, tak przy okazji postanowiłem zrobić powtórkę z rozrywki i ponownie obejrzeć wszystkie części po kolei. Pisząc poniższe słowa, zaznaczam iż moja optyka tej historii jest nieobciążona literackim pierwowzorem, którego nie czytałem.
Pamiętam, iż oglądając po raz pierwszy "Kamień Filozoficzny" wyszedłem bardzo rozczarowany brakiem przeskoku jakiego (no właśnie, jakiego? teraz pytam) oczekiwałem po innych filmach tego okresu. 2002 rok nie był już obciążony dekadenckim strachem przed nowym millennium, a atak na WTC nie wpłynął na scenariusz (w bajkach dla dzieci? plizzzz). W tym czasie przecież powstały ostatnie części drugiej trylogii "Gwiezdnych Wojen", "Matrix", swoją premierę natomiast miał genialny "Władca Pierścieni". I być może to właśnie spojrzenie spowodowało krytyczne nastawienie do pierwszej części "Harry Pottera". Co zobaczyłem tym razem?
Po obejrzeniu "Insygniów Śmierci", a potem "Kamienia Filozoficznego" uderza przede wszystkim wiek głównych bohaterów. Pierwsza część była zagrana z udziałem dzieci, i fabularnie jest to film dla dzieci. Harry Potter dowiaduje się, że jest potomkiem znanych czarodziejów. Dzieje się to w jedenaste urodziny chłopaka. Mając tak znakomite rekomendacje trafia go Hogwartu - szkoły magii. Oprócz nauki czarów, pozna tam wielu przyjaciół, pozna zasady Quidditch (futbol na miotłach :) ), spotka też mordercę swoich rodziców - Voldemorta.
Magia w tym filmie nieomal wylewa się z ekranu. Jestem pełen uznania dla J.K.Rowling, która miała dziesiątki pomysłów na fabułę, a reżyser był w stanie te pomysły przenieść na ekran. I nie jest to kwestia oryginalności opowieści. Wynika to raczej z odpowiedniego zmiksowania skrawków, które w literaturze od dawna funkcjonują. Harry jest co prawda spychany przez swoją przybraną rodzinę w kąt, niemniej jednak okazuje się męskim odpowiednikiem kopciuszka, który niczym księżniczka na balu staje się gwiazdą Hogwardu, zdobywając całe uznanie kolegów (z pewnymi wyjątkami), nauczycieli i widzów.
Reżyserią pokierował Chris Columbus - specjalista od opowieści o amerykańskich dzieciach - tych samotnych ("Home Alone"), czy pod opieką dorosłych ("Mrs Doubtfire"). Harry Potter jest 100% brytyjski, choć to raczej amerykański szkic stereotypów o Wielkiej Brytanii.
Największą dla mnie zaletą filmu jest genialna rola Alana Rickmana w roli Severusa Snape'a. Wyważona, zdystansowana, bardzo niejednoznaczna i również zabawna. Pozostali aktorzy, zarówno Radcliffe (Harry Potter), Emma Watson (Hermiona) a zwłaszcza Rupert Grint (Ronald Weasley) mają marne szanse na wydostanie się z nadanych im w tym cyklu wyobrażeń o nich. To jest niestety problem kasowych sag, nawet bardzo dobry Elijah Wood nie może wyzwolić się z wyobrażenia o nim jak o Frodzie z "Władcy Pierścieni".
Dobre kino, które pomimo komercyjnego zamierzenia, wpisało się do historii kina.
Warto obejrzeć po latach.
czwartek, 23 grudnia 2010, zaginiony22

Polecane wpisy