Blog > Komentarze do wpisu
Barton Fink ****

Pogoda za oknem nastraja do opowieści. Wczoraj wieczorem przechodząc mżącymi ulicami Warszawy, opowiadałem mojemu koledze o "Barton Finku" braci Coen. Dzielę się zatem również z wami moimi spostrzeżeniami.
"Barton Fink" to jeden z obrazów, który przez kilka sezonów grany był w stołecznych kinach. I choć film ma 20 lat, sięgnąłem po niego dopiero teraz.
Tytułowy Barton Fink odnosi pierwsze sukcesy jako autor sztuk wystawianych w Nowym Jorku. Pociąga to za sobą zainteresowanie jednej z wytwórni w Hollywood, która oferuje mu intratny kontrakt. Po przeprowadzce okazuje się, że współpraca z teatrem nie ma nic wspólnego z nastawieniem producenta, który oczekuje od zdolnego pisarza scenariusza o ... zapaśnikach. Fink zabiera się do pracy, jednak piekielni sąsiedzi głównego bohatera nie dadzą mu możliwości wykonania zlecenia. Gdy w końcu zacznie szukać inspiracji, zacznie wplątywać się w coraz bardziej absurdalną sytuację z udziałem upadłego scenarzysty alkoholika, jego sekretarki - kochanki, głupkowatego boya hotelowego i sąsiada, rzekomego sprzedawcy ubezpieczeń.
"Barton Fink" jest jednym z najbardziej przepełnionych Ceonowskim poczuciem humorów filmem. Absurd sięga zenitu, ale nie jest on narzędziem samym dla siebie, a wyrażeniem pewnej myśli twórcy. Jakiej? Obraz można interpretować na wiele sposobów.
Dla mnie najbliższą interpretacją jest tęsknota za utraconą równowagą, gdy przeżywamy sytuacje których nie chcemy akceptować, choć musimy. Wtedy marzymy o powrocie do bezpiecznego i utartego schematu, ale nie możemy już powstałej sytuacji odkręcić. Główny bohater trafia do piekła, w którym temperatura pokojów hotelowych rośnie, aby w kulminacyjnym momencie wybuchnąć. Jedyną nadzieją, że gdzieś indziej jest lepiej, jest wiszący obrazek na prost biurka, na którym jest postawiona maszyna do pisania - narzędzie pracy Finka.
Bracia Coen są fenomenem fabryki snów. Potrafią połączyć komercyjne potrzeby producentów wraz z potrzebą widza do przeżywania sztuki. Ich filmy doskonale grają na emocjach. Mają też talent do wybierania aktorów i osadzania ich w odpowiedniej roli. "Barton Fink" to koncert dwóch aktorów, John Turturro w tytułowej roli jest bardzo dobry, ale to John Goodman w roli demonicznego sprzedawcy ubezpieczeń jest tu mistrzem. Jego rola i przemiana w finale, potrafi śmieszyć i ... przestraszyć. I oto właśnie w kinie chodzi. Aby przeżywać. Wyjątkowo nie poświęcam zbyt wiele na stronę techniczną. Filmy Coenów są od lat kręcone w tym samym, niepodrabianym stylu. I pewnie dlatego ciągle dobrze je się ogląda.

sobota, 23 lipca 2011, zaginiony22

Polecane wpisy