Kategorie: Wszystkie | * | * 1/2 | ** | ** 1/2 | *** | *** 1/2 | **** | **** 1/2 | ***** | inne
RSS
sobota, 14 listopada 2009
Moon ****1/2

Spece do dystrybucji zawalili po raz kolejny sprawę. Tym razem dosyć poważnie, bo "Moon" Duncana Jonesa jest bardzo sprawnie wykonaną produkcją. Tym bardziej, że podjął się jej debiutant. Duncan Jones jest synem Davida Bowiego, ale postanowił w swojej karierze nie wykorzystywać przyjętego przez ojca nazwiska-przydomka.
Sam Bell kończy właśnie swój trzyletni kontrakt na księżycu, na stacji zajmującej się wydobyciem surowca do produkcji energii. Ostatnie tygodnie są szczególnie nerwowe, tym bardziej iż od samego początku, z powodu usterki Sam nie może nawiązać kontaktu online ze swoją rodziną. Ostatnia wiadomość od stęsknionych: żony i córki, jeszcze bardziej potęgują tęsknotę za domem. Po jednym z komunikatów centralnego komputera, który informuje o awarii jednego z kosmicznych kombajnów, Sam wyjeżdza sprawdzić jego stan. Niestety, w wyniku przedziwnego zrządzenia losu wpada prosto na maszynę, co kończy się rozbiciem łazika. Od tego momentu Sam rozpocznie nadziwniejszą przygodę w swoim krótkim życiu.
"Moon" urzekło mnie w kilku obszarach. Po pierwsze idealnie dopasowana muzyka Clinta Mansella (to ten, który podkłada muzykę do filmów Aronofskiego) do scenografii. Okazuje się że nie tylko Industrial Light And Magic może coś nowego w kinie wykreować. I mimo niedużego budżetu Jones wydobył aktora, który zaliczył właśnie jedną z najlepszych ról. Sam Rockwell, bo o nim mowa, doskonale odtworzył poszczególne emocje. Jest jeszcze Kevin Spacey, tym razem jako głos robota GERTY, który mimo intonacji podobnej do HALa z "2001 Odyseja Kosmiczna", jest pomocnym pracownikiem stacji.
"Moon", to przede wszystkim kino filozoficzne. To Science-Fiction w pełni słowa tego znaczenia. Zadaje pytania o kierunki rozwoju ludzkości, i pokazuje jedną z dróg w którą być może pójdzie kiedyś ludzkość. Reżyser z niepokojem patrzy w opowiedzianą  wersję przyszłości. Tworzy przygnębiającą wizję, która długo po projekcji pozostaje w głowie.
Warto obejrzeć. I nie patrzeć na braki logiki - bo niestety można się ich trochę tu dopatrzeć. Dlatego jedna gwiazdka mniej.
15:30, zaginiony22 , ****
Link Komentarze (1) »
czwartek, 29 października 2009
O-Bi, o-ba: Koniec cywilizacji ****1/2

Piotr Szulkin zyskał moje uznanie dokonaniem niemożliwego. Mianowicie, zrealizował film Sci-Fi. W komunistycznej Polsce! W dodatku wykreował dobry twór pod względem fabularnym. Trudno mi sobie wyobrazić jakie problemy miał reżyser przy realizacji takiego gatunku, niemniej jednak rezultat naprawdę zasługuje na docenienie. Zatem opowiem o "O-Bi, o-ba: Koniec cywilizacji".
Ziemia po wojnie nuklearnej. Ci, którzy przeżyli schronili się pod gigantyczną kopułą, która może zagwarantować bezpieczeństwo tylko przez rok. Apokalipsę przeżył też jeden z inżynierów, ale nie jest on zainteresowany ratowaniem marnej egzystencji tysiąca mieszkańców, przed nieuchronną śmiercią. Aby przekonać Inżyniera (Jan Nowicki), zostaje wezwany specjalista od manipulacji - Soft (Jerzy Stuhr). Ten natomiast, wierząc iż istnieje możliwość wyzwolenia się z tego miejsca, rozpoczyna poszukiwania wyjścia z sytuacji równorzędnie naiwnie wierząc, iż pewnego dnia po ocalałych przyjedzie "Arka".
Siłą tego filmu, jest zestawienie obok siebie wiary oraz jej braku. To doskonałe pytanie - wierzyć, czy nie pozbawiać się złudzeń. Szulkin stanowczo opowiada się po tej drugiej stronie. Ateizm, mimo iż nie daje odpowiedzi, nie pozbawia też złudzeń, w stosunku do tego co nieuchronne. Ta pesymistyczna wizja, ma w sobie duży potencjał… wiary. Nie jest łatwo stanąć po tej stronie, wymaga to wiedzy i specyficznego doświadczenia. I tak jak wspmniany niedawno Tarkowski w swoim "Solaris" prowokował do tej samej kwestii, ale pod innym kątem, tj. gdzie są nasze granice poznania, i czy po powinniśmy po prostu uwierzyć w niewytłumaczalne, tak Szulkin mówi wprost - masz wiedzę, więc nie masz racjonalnych dowodów na istnienie poza tym co tu, i teraz.
"O-Bi, o-ba: Koniec cywilizacji" ma również jedną zaletę. To klaser polskich gwiazd lat osiemdziesiątych: Stuhr, Niemczyk, Janda, Nowicki, Bista, Zającówna, Walczewski, Ferency, Jędrusik. Również po stronie realizatorskiej należy wspomnieć dwóch Panów za kamerą: Witolda i Piotra Sobocińskich. Warto jest sobie ten film po latach odkurzyć. Mimo upływu czasu, obraz wcale się nie zestarzał. Same pytania o których pisałem, w dalszym ciągu pozostają nierozstrzygnięte. I niech tak zostanie.
09:45, zaginiony22 , **** 1/2
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 października 2009
Solaris ***

"Przekrój" przy okazji recenzowania "Solaris" Tarkowskiego, przypomniał o reakcji Lema, który zezłościł się na rosyjskiego twórcę, zarzucając brak zrozumienia jego dzieła. Czy aby na pewno na pewno reżyserowi zależało na wiernej ekranizację powieści? Tego się już pewnie nie dowiemy, jednak możemy zapoznać się z filmami jednego z najciekawszych artystów kina. Jego "Stalker" jest jednym z moich ulubionych filmów. Zapewne "Solaris" nie wejdzie na tę listę.
Kris Kelvin otrzymuje misję zbadania stacji kosmicznej stacjonującej w pobliżu planety Solaris. Załoga stacji wykazuje dość osobliwe zachowanie, bacznie obserwując Krisa i również jego zachowanie. Po kilku godzinach sam bohater zostanie dotknięty "mocą" planety i jej mieszkańca - niezbadanej dotychczas galaretowatej cieczy, której zrozumienia mechanizmów daleko wykracza poza ludzkie rozumienie.
Tarkowski był twórcą, który tworzył proreligijne kino. W radzieckiej Rosji było to zadanie trudne, jednak reżyser był owładnięty potrzebą dyskusji na tym polu. W "Solaris" również te pytania zostają zadane, i zapewne dlatego w przypadku dzieła Stanisła Lema, poległ. Nie on jeden, bo 30 lat później również Soderbergh stworzył nienajlepszy film. To co intryguje w "Solaris" Tarkowskiego, to zadane pytania o kierunek rozwoju ludzkości. Ważna jest tu szczególnie kilukinutowa scena w której zostaje przedstawiona stechnicyzowana rzeczywistość, odhumnizowany skutek rozwoju naszej cywilizacji - kilometry dróg, bez obecności naturalnej zieleni, ale za to z tysiącami samochodów, betonowe dżungle. Ta, jakże sugestywne zwierciadło lat siedemdziesiątych, w dalszym ciągu jest aktualne. Aktualniejsze.
Dlaczego więc ten film, mimo ciekawego tematu, nie robi już takiego wrażenia. Tarkowski daje czas widzowi, nie narzuca odpowiedzi na postawione pytania. Poszczególne sceny, powolnie wprowadzają nas w poszczególne zagadnienia. Większość widzów, może to jednak znudzić. Pewnie to również znak czasu - oczekujemy teraz szybkiego wprowadzenia w fabułę, i równie prędki rozwój fabuły. I w filmie Tarkowskiego tego nie ma. Nie ma również ciekawej scenografii, co formułuję jako zarzut. Nasz Piotr Szulkin tworzył dziesięc lat później ciekawsze wizualnie filmy. Ząb czasu dotknął wiele filmów. Omawiany film również do tej grupy należy. Zwróciłem jednak uwagę, iż nasz obecny styl życia zapewne by zupełnie zgubił Tarkowskiego. Nie jesteśmy bliżej Boga, nie zadajemy sobie już nawet pytań o jego istnienie. Zobojętnienie w tej kwestii na pewno by rosyjskiego mistrza zmartwiło.
08:44, zaginiony22 , ***
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 października 2009
Bastion ****

Mam słabość do ekranizacji Kinga. Nie, żebym wszystkie chwytał bezkrytycznie (polecam recenzję "1408") jednak sam sposób rozwijania opowieści zawsze jest intrygujący. Dwie wielowątkowe powieści Kinga również zostały zekranizowane - jednym z nich jest "To", a drugim "Bastion".

Omawiany dziś "The Stand" widziałem już kilkukrotnie, ale ponieważ powróciłem do tego obrazu ponownie, przy okazji podzielę się wrażeniami z czytelnikami tego bloga.
"Bastion" jest wizją świata po wielkim katakliźmie. Wirus grypy, który w wyniku zaniedbania trafia do ludności cywilnej, w ciągu kilku dni zabije ponad 98% ludności. Ci, którzy przeżyją początkowo próbują jedynie zadbać o swój los, zaczną odnajdywać kolejnych ocalałych. Głównie bohaterowie zaczną przemierzać Stany Zjednoczone w poszukiwaniu miejsca ze swoich snów. Niebezpieczeństwo jednak nie minęło, bo po drugiej stronie kraju organizuje się nowe społeczeństwo, którego jedynym celem jest grabić i niszczyć. Dlatego obóz "dobrych" decyduje się na misję, z której nie wszyscy według przepowiedni wrócą.
Wybiegłem trochę w przód fabuły. Ta zawiera dużo wątków, które są ze sobą logicznie powiązane.
Bardzo lubię ten film. Prosta historia o odwiecznej walce dobra ze złem, została tu przedstawiona nieomalże na Biblijnej podstawie. Senne wizje, przepowiednie, potrzeba pokuty - to wszystko tu występuje. Frapujące wcielenie w postać złego Randalla Flaga, bohatera absolutnie negatywnego, nie jest wyłącznie kalką poprzednich tego typu postaci. To zło wcielone, zarówno psychopatyczne, ale i cyniczne, fałszywe, podstępne. Jest jak zły koszmar, pewnie nawet gorszy od odpowiednika we wspomnianym "To". Jest to postać intrygująca, i również na swój sposób fascynująca. Dlatego każda kolejna minuta tego sześciogodzinnego filmu, zainteresuje nas od pierwszej minuty, i nie pozwoli oderwać wzroku od ekranu, aż do ostatniej minuty. I mimo, iż zakończenie nie jest może na miarę "Skazanych na Shawshank", to jednak stylistycznie jest spójne z resztą opowieści.
"Bastion" jest przykładem produkcji telewizyjnej, w którą zostali zaangażowani dobrzy aktorzy. Może bez wielkich nazwisk, ale za to z dobrym warsztatem pracy - Gary Sinise, Rob Lowe, Kathy Bates (mała rólka), Ed Harris, James Sheridan, i świetny Ray Walston. Jest również przykładem na możliwość zrealizowana dobrej produkcji za nieduże pieniądze.
10:47, zaginiony22 , ****
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 20 października 2009
Lęk pierwotny (Primal Fear) ***1/2

Powróciłem do "Lęku pierwotnego". Widziałem kiedyś ten film, jeszcze za czasów gdy Edward Norton dopiero rozpoczynał swoją karierę. To były czasy wypożyczalni video (pamięta ktoś jeszcze nośnik VHS?), gdy chodziło się po filmy aby później je celebrować na swoim czternastocalowym (w moim przypadku) telewizorze. Czas poszedł naprzód, dlatego powróciłem do tego filmu sprzed lat.
Martin Vail jest znanym w swojej branży adwokatem. Nieomalże celebrytą, zaszczycającym swoją obecnością najlepsze spotkania śmietanki Chicago. W mieście staje się głośno o brutalnym morderstwie biskupa tego miasta. Oskarżonym jest ministrant, który pomimo obciążających go dowodów nie przyznaje się do winy. Martin, który wyznaje zasadę, iż do czasu skazania dommniemuje się niewinność oskarżonego, podejmuje się za darmo obrony Aarona. Adwokat rozpoczyna więc walkę o chłopaka, poruszając się pomiędzy oskarżycielem - swoją byłą a sędziną, walcząc o przychylność ławy przysięgłych.
Lubię ten film. Jego mocną stroną jest aktorstwo - przede wszystkim doskonały Edward Norton, który w jednej ze scen ujawnia schizofrenię. Dalsze sceny to bohater o dwóch twarzach, z czego w ostatniej scenie okaże się, która jest prawdziwa. Alfre Woodard, ma w sobie bardzo dużo wdzięku, co nie oznacza że nie ma talentu aktorskiego. W "Lęku pierwotnym" nie miała potencjału na rozkręcenie swoich umiejętności ale i tak miło się ją oglądało w tym filmie. Richard Gere miał na swoim koncie lepsze role ("Diagnoza zbrodni", "Fatalna namiętność"), choć to aktor który nie zalicza słabych ról.
Gregory Hoblit, podpadł mi za kretyńską "Częstotliwość". I pomimo, iż na "Lęk pierwotny" nie patrzę przez pryzmat innych obrazów reżysera, to dopatruję się słabości tego filmu. Zupełny zwrot akcji w ostatniej scenie bez wątpienia zaskakuje. Widz zostaje absolutnie zbity z tropu. Sceny z Nortonem podczas przesłuchania, również robią wrażenie. Całość natomiast robi wrażenie dramatu zrobionego na potrzeby HBO. Pewnie taki był zamysł, zrobić kino bez fajerwerków, ale rzetelnie. Dlatego ten film doskonale oglądało się kilkanaście lat temu. Teraz już nie robi takiego wrażenia. To dobry materiał na remake, słaby na kino ponadczasowe.

09:09, zaginiony22 , *** 1/2
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 19 października 2009
Star Trek **1/2

Chodzą plotki, że JJ Abrams ma wyreżyserować "Mroczną wieżę" Kinga. Uwielbiam powieści Kinga, ale akurat ta jest jedną ze słabszych, dlatego dywagacja na temat dzieła życia pisarza niespecjalnie mnie interesuje. Sama osoba Abramsa już bardziej. Twórca "Lost" trafił na swoje 5 minut i całkiem nieźle je wykorzystał. Dość powiedzieć, że jego "Mission Impossible 3" było niezwykle dynamiczne, i mimo iż sam film nie uratował spadającej pozycji Toma Cruise to do filmu nie można było się doczepić. Inaczej jest ze "Star Trekiem".
Opowieść cofa nas w daleką przyszłość. Akcja dzieje się na długo przed pierwszym pierwotnym cyklem opowieści. Młodzi kadeci Kirk i Spock spotykają się na swojej drodze w nieprzyjemnych okolicznościach. Ten pierwszy nie wiedzieć w jaki sposób, podczas egzaminu odkrywa rozwiązanie testu, którego podobno nie można wygrać (bug w softwarze?). Spock jest administratorem programu, dlatego znając fakty zgłasza tę sprawę do akademickiego sądu. Wyrok przerywa alarm, który nawołuje do rozpoczęcia kosmicznej misji. Dotychczasowi przeciwnicy, szybko się do siebie przekonują, bo na drugim statku czycha wróg.
Nowa produkcja miała na celu ożywienie całego cyklu z równoczesnym dotarciem do młodego widza. I tak jak w "Mrocznym widmie", tak i tutaj historia nie pozostawia złudzeń dla kogo jest ten film. Nie jestem pewien czy dla fana cyklu, bo jak dla mnie ta opowieść jest infantylna i głupia - głupsza od poprzednich części. Element napięcia (kosmiczne starcia) jest wyzuty z emocji, dlatego ćwiczenie w postaci ściskania mięśni twarzy przed ziewmnięciem było stałym elementem projekcji. I nie pomogły perfekcyjne w takich produkcjach efektami specalnymi. Może ktoś mi powie, po co takie filmy powstają? Rozumiem, że dla pieniędzy ale przecież mając do dyspozycji tak duże budżety można wykreować coś naprawdę przyciągającego widza. Niedawno widziałem "Dyskrykt 9" i bawiłem się setnie. Budżet mniejszy, a film lepszy.
Rozumiem, że "Star Treki" mają dać rozrywkę. W tym konkretnym przypadku dość wątpliwą.
PS. Ktoś popełnił gafę zatrudniając nowego Kirka, który ma mniej emocji na twarzy niż Spock. Ciekawy paradoks.

08:56, zaginiony22 , ** 1/2
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 36
O autorze
Zakładki:
Bezpośrednie połączenie z autorem bloga
Blogi warte zainteresowania
Lista filmów
Lista książek
Pozostali o filmach
Pozostali o książkach
Rankingi
Wsparcie/Współpraca: