Kategorie: Wszystkie | * | * 1/2 | ** | ** 1/2 | *** | *** 1/2 | **** | **** 1/2 | ***** | inne
RSS
wtorek, 05 lipca 2011
Superman, powrót ***1/2

Oglądając ostatnio Super 8, zastanawiałem się dlaczego to co udało się JJ.Abramsowi, nie udało się Bryanowi Singerowi.
Mija pięć lat od premiery "Superman, powrót", więc jest to moment w którym bez marketingowego wpływu można sięgnąć po ten film. 
Reżyser wybrał formę opowiedzenia kolejnej historii cyklu, jednak pierwsze minuty cofają nas do samego początku, czyli dlaczego Superman znalazł się na ziemi. Twórca przedstawia w kilku kadrach etap dorastania głównego bohatera, do momentu gdy wyrasta na wysokiego, przystojnego mężczyznę. Pracując w redakcji dziennika "Daily Planet", musi udawać ciapowatego dziennikarza, jednocześnie podkochując się w koleżance z pracy Lois Lane. Niestety, po kilku latach nieobecności Lois jest bliska małżeństwa. Pomimo tego, Superman nie waha się jej pomóc w sytuacji zagrożenia jej życia.

Dopiero wkroczenie czarnego charakteru (w tej roli mniej zły niż w "Seven" Kevin Spacey), przerywa sielankowy rozwój akcji, bo okazuje się że Lex Luthor znalazł sposób na władzę nad światem i jednocześnie pokonanie Głównego bohatera.

Superman jest jednym ze współczesnych mitów Ameryki. Duży, silny, a jednocześnie z miękkim sercem. Jak trzeba nie zawaha się pomóc Ameryce i Amerykanom. Sama Ameryka też go kocha, co zostało jak zwykle w drażniąco łapotologiczny sposób przedstawione na ekranie.

Jak się ogląda nowego Supermana? Tu właśnie powrócę do pierwszego zdania niniejszej recenzji. Ogląda się dobrze, ale to co było dosłowne w "Super 8", było jedynie akcentem w Supermanie. Bryan Singer nawiązał w swoim filmie do klimatu przełomu lat '70 i '80. Widać to przede wszstkim w scenografii, ale również w charakteryzacji (loczek Supermana jest już dawno passee) i w ... efektach specjalnych - patrz lot Supermana z Lois u boku. Rozmach nowej wersji widać na każdym kroku. Wszystko jest dopieszczone, efekty specjalne są niezwykłe ale mimo wszystko czegoś temu filmowy brakuje.

Przede wszystkim akcja wieje nudą. Bohaterowie w drewniany i mało seksowny sposób usiłują zobrazować swoje burzliwe uczucia. Zresztą Superman (obok np. nowego Star Treka) jest dowodem na coraz większą tolerancję dla miernych aktorów obsadzanych w rolach głównych. Zarówno Brandon Routh czy Kate Bosworth grają niczym w studenckich etiudach. Niby pokazują złość, gniew, czy smutek, ale przy tym brakuje im emocji. Być może wynika to z traktowania tego zawodu jak ... zawodu, a nie powołania. W rezultacie widz nudzi się, bo nie ma komu kibicować. No, może jedynie Lutherowi, bo czarny charakter pomimo, iż to też nie jest wybitna rola Kevina Spacy'ego, jest o niebo ciekawszy.

"Superman, powrót" poniósł komercyjną klapę. Finansowo rozczarował, widzowie nie docenili samego filmu. Trochę niesłusznie, bo z mojego nostalgicznego punktu widzenia film ogląda się dobrze, ale z poczuciem iż zabrakło kilku elementów, które odróżniają film przeciętny, od dobrego.  Te ostatnie nie muszą być obsadzone topowymi aktorami, czego dowodem jest porównywane "Super 8".

Do niezobowiązującego obejrzenia.

 
poniedziałek, 17 stycznia 2011
Berlin Calling ***1/2

To nie "Human Traffic" stanie się epitafium dla Techno, a "Berlin Calling". Jest oddechem śmierci gatunku, który swój złoty okres osiągnął kilka lat temu. Z imprez plenerowych skupiających milionową widownię, przeszedł pod mniejsze "openery" czy też kolejne edycje eventów w halach.
DJ Ickarus nie jest wyjątkiem w swojej branży. Życie spędza na walizkach jeżdżąc od imprezy do imprezy, gdzie miksuje swoje kawałki. W międzyczasie użera się z wydawcą swojego materiału, która ma już serdecznie dość napuszonej gwiazdy, z którą co raz trudniej się porozumieć. Ickarus wpada w uzależnienie od narkotyków, w rezultacie lądując z ciężkim zatruciem w szpitalu. Ledwo odratowany, stara się pogodzić potrzebę tworzenia, ze skomplikowanym związkiem, w międzyczasie otrzymując propozycję "nie do odrzucenia" rehabilitacji w szpitalu psychiatrycznym. Poszukując swojego "być", grzęźnie pomiędzy kolejnymi sytuacjami które oddalają go od stanu równowagi.
"Berlin Calling" staje się zatem zarówno hołdem dla muzyki i miasta ale jest też kroniką sięgania dna i powrotu do normalności. Obie warstwy nawzajem na siebie zręcznie nachodzą, rekonstruując losy głównego bohatera w mieście, które od lat jest stolicą różnych odmian Techno. Główną rolę zagrał Paul Kalkbrenner, który napisał również muzykę do tego filmu.
Wspomniałem o "Human Traffic". "Berlin Calling" jest zdecydowanie bardziej wyciszone (czy w filmie o Techno jest to możliwe?), i co ważne, jest bardziej skupione na innych aspektach życia w środowisku fanów muzyki aniżeli tylko imprezy. Ickarus jest człowiekiem mającym swoje problemy, z którymi usiłuje sobie na różny sposób radzić. Nawet jeżeli uzyskuje rezultat inny od zamierzonego, nie zdradza swojej pasji. Dzięki temu w finale, wszystkie jego występki zostają przez ukochaną zapomniane, a sam bohater zdobywa szczyty o jakich nie marzył na początku swojej kariery.
Przekaz filmu jest pozytywny, ale i naiwny. To nie jest zarzut w stronę tej produkcji, bo przecież lubimy dobre zakończenia. I tak pomimo, iż zakończenie jest szablonowym happy endem, mam wrażenie iż prócz samego zakończenia w postaci napisów końcowych wraz z "Berlin Calling" możemy zakryć wieko trumny z napisem "Techno". Być może spóźnione o te kilka lat, ale przecież "Hair" Milosa Formana też powstało już po fali hippisowskiej.


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 19
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
O autorze
Zakładki:
Bezpośrednie połączenie z autorem bloga
Blogi warte zainteresowania
Lista filmów
Lista książek
Pozostali o filmach
Pozostali o książkach
Rankingi
Wsparcie/Współpraca: